Wiejadłem w Płot
Czyli o tłumaczeniach Biblii słów kilka 

„Jezus odpowiedział: Każdego, kto pije tę wodę, znowu będzie suszyć. Ale kto napije się wody, którą ja mu zapodam, tego już nie będzie nigdy suszyło, ale woda, którą mu dam, będzie w nim pompować życie aż do wieczności.” (Dobra Czytanka wg. Św. Zioma Janka, www.ziomjanek.pl )

 Chrześcijańskie media w Polsce stały się w ciągu ostatnich kilku miesięcy sceną zaciętej dyskusji zainspirowanej przez tekst o frapującym tytule „Dobra Czytanka według Świętego Zioma Janka”. Projekt autorstwa Beaty Lasoty, Basi Sieradz i Asi Rafał to nic innego, jak tłumaczenie Ewangelii Jana na współczesny język młodzieżowy, w którym uczniowie Jezusa to jego „ekipa”, a kobieta przy studni to „samarytańska laska”, której Jezus „puszcza nawijkę” po tym jak „zmachany podróżą glebnął se” „koło działki, którą Jakub odpalił swojemu synowi Józkowi”.  Ewangeliczne „zaprawdę, zaprawdę” brzmi tu „bez kitu, bez kitu”, a „wspólnie się radować” to „mieć razem radochę”…
 
 Wystarczy zaledwie kilka przykładów, by zrozumieć towarzyszące temu tłumaczeniu kontrowersje. Podczas gdy jedni zachwycają się świeżością i autentycznym brzmieniem tekstu, inni przekonują, że podobne przedsięwzięcia bezczeszczą pomnik kultury języka, jakim jest bez wątpienia Pismo Święte. Rodzą się pytania: Czy przybliżenie młodemu pokoleniu ewangelicznych treści może odbyć się za cenę tego, co wielu odbiera jako trywializację formy? Co jest nie tak z przyjętymi powszechnie tłumaczeniami? Po co dostosowywać język Biblii do potrzeb młodzieży, skoro to młodzież powinna dostosować się do Biblii?  

 Duszpasterz czy lider młodzieżowy staje tu przed trudnym dylematem, który obejmuje swoim zasięgiem dużo więcej niż tylko „Dobrą Czytankę”. Wzbudzone przez nią kontrowersje wskazują na niesamowite tempo wielowymiarowych zmian zachodzących obecnie na płaszczyźnie języka i mentalności. Rzeczywistość naszych kościołów i wspólnot pokazuje, że tak samo jak młodzieżowa Biblia jest niezrozumiała czy wręcz gorsząca dla poprzedniego pokolenia, również i Biblia czytana przez rodziców okazuje się w odbiorze ich dzieci archaiczna i co najmniej do pewnego stopnia niezrozumiała. Widać to choćby na przykładzie pewnej młodej osoby w katowickiej grupie młodzieżowej, która przerzuciła się jakiś czas temu na Biblię w wersji angielskiej; nie z zamiłowania do obcego języka, lecz właśnie w ucieczce przed obcym językiem napotykanym na stronach używanego dotąd polskiego tłumaczenia. Nie pytała wcale retorycznie zastanawiając się na głos co to znaczy „omłot”, „wiejadło” czy „błogosławiony”; nie bez podstawy były też jej pytania dlaczego Jezus musi zawsze „rzec” zamiast „powiedzieć” i czemu „spożywa wieczerzę” zamiast jak każdy normalny człowiek „jeść kolację”.  

 Sygnalizowany przez nią w ten sposób problem dotyczy dwóch obszarów – po pierwsze języka, ale co za tym idzie, również i wrażliwości, która ten język kształtuje. W perspektywie historycznej widzimy, że zachodzące tu zmiany nabrały dziś niespotykanego jak dotąd tempa. Dla przykładu, wydana w 1599 roku Biblia w tłumaczeniu Jakuba Wujka, pełniąca rolę podstawowego przekładu katolickiego, była powszechnie czytana i rozumiana przez 397 lat, a konieczność zastąpienia jej nowym przekładem zaistniała dopiero II Wojnie Światowej, gdy rozpoczęły się pracę nad Biblią Tysiąclecia. Podobnie zresztą w środowiskach protestanckich – wydaną w 1632 roku Biblię Gdańską czytano aż do wydania w 1975 roku Biblii Warszawskiej, czyli tak zwanej Brytyjki. Tymczasem w XXI wieku okazuje się, że już wydane trzydzieści lat temu tłumaczenie zupełnie nie odpowiada językowi używanemu przez współczesnego człowieka, tak że z roku na rok pojawiają się coraz to nowe projekty tłumaczenia Biblii na tak zwany „współczesny język polski”, co udowadnia nam ze szczyptą humoru wspomniana już „Dobra Czytanka”, ale również przekłady ekumeniczne oraz pięć rewizji Biblii Tysiąclecia dokonanych od chwili jej wydania w 1965 roku. 

 Czy to rzeczywiście możliwe, aby w ciągu trzydziestu lat zmieniało się w świecie i w języku tak wiele, jak kiedyś przez trzy stulecia? Przyczyny leżące za koniecznością i możliwością częstszego tłumaczenia Biblii są oczywiście dużo bardziej złożone, nie ulega jednak wątpliwości, że otaczający nas świat zmienił się przez ostatnich kilkadziesiąt lat co najmniej tak bardzo, jak przez pierwsze kilkaset lat historii chrześcijaństwa – a za rozwojem rzeczywistości idzie nieuchronnie rozwój języka. Co więcej, zmienia się w tym procesie również i nasza mentalność, której cechą charakterystyczną jest w tym pokoleniu ostra alergia na wszystko co patetyczne, sztuczne i nadęte – a tak niestety kojarzy się archaizujący styl ukochanych przez poprzednie generacje przekładów Biblii.   
 Przed liderem młodzieżowym staje zatem trudne zadanie polegające na tym, aby dotrzeć do młodych uszu ze świeżą i zrozumiałą dla nich biblijną treścią, w czym mogą pomóc współczesne tłumaczenia; a jednocześnie uwrażliwić ich na tyle brzmienie i literackie piękno powszechnych przekładów, takich jak „Brytyjka” czy „Tysiąclatka”, aby byli w stanie z nich korzystać i uczestniczyć w życiu posługującego się nim kościoła. Błędem byłoby tu zarówno zupełne odejście od przyjętych powszechnie przekładów, które mogłoby w efekcie prowadzić do izolacji grupy młodzieżowej od reszty wspólnoty; jak i posługiwanie się tylko i wyłącznie „jedynie słusznym” tłumaczeniem, co grozi nadmiernym przywiązaniem do jednej konkretnej formy bardziej niż do treści. „Dobra Czytanka” nie jest tu wcale jedyną alternatywą – mamy przecież choćby świetną parafrazę Nowego Testamentu - „Słowo Życia”, wydaną w 1998 roku Biblię Warszawsko-Praską w pięknym tłumaczeniu księdza Romaniuka, czy najnowszy przekład dynamiczny Nowego Testamentu wydany przez Towarzystwo Świętego Pawła.  

 Poza wezwaniem do zachowania tłumaczeniowej równowagi nie pozostaje już nic innego, jak tylko przytoczyć historyczną anegdotę, która ucieszy wszystkich amatorów jedzenia kolacji zamiast spożywania wieczerzy. Otóż był sobie dawno temu, czyli w drugiej połowie XIX wieku, niemiecki archeolog o imieniu Adolf Diessmann. Przekopując pewnego upalnego dnia egipskie wysypisko natknął się na starożytne kawałki papirusu sprzed 2000 lat, zapisane bardzo podobną greką jak ta znana z Nowego Testamentu. Do tego czasu grekę nowotestamentową uznawano z powodu jej odmienności od klasycznej greki za oryginalny „wynalazek” Ducha Świętego, ale Deissmann wywnioskował z odnalezionych zapisków, że była ona po prostu potocznym, codziennym językiem ulicy, a nie górnolotnym dialektem zrozumiałym tylko dla elit. Dopiero po publikacji tych odkryć tłumacze wysunęli pierwsze propozycje tłumaczenia Biblii na język potoczny. Wynikają z tej historii dwa wnioski. Po pierwsze, skoro Pan Bóg nie uznał „tłumaczenia” Swojego Słowa na potoczną grekę za „gorszące” czy „trywializujące”, nie bądźmy zbyt skorzy do obdarzania tymi epitetami tłumaczeń na potoczną polszczyznę. Po drugie, ponieważ wysunięty w XIX wieku postulat o potocznym stylu Nowego Testamentu jest ciągle jak na tysiącletnią historię tłumaczenia Biblii dość świeży, nie obrażajmy się również i na tych, którzy jeszcze o nim nie słyszeli.  


https://higieniczny.pl/uchwyty-dla-niepelnosprawnych.html designlogo.pl pożyczki Lublin sterydy w tabletkach sterydy online akademia versum inteligentny dom adwokat kraków Szukasz chwilówki - zerknij www.serwis-pozyczkowy.pl
Strona główna
Czym jest fala?
Szkolenie
Toolbox
Kontakt i linki
Forum back